|
|
Joanna Laprus |2001|
|
Kubistyczna perspektywa pokoju, czarno-biała oprawa i całkowicie autentyczny stół, przy którym siedzi równie autentyczny Moritz Novak (Tomasz Wysocki). Za chwilę spod podłogi wyłonią się kaci, aby zatopionego w onirycznym pół-trwaniu Novaka zmusić do ślubu z tajemniczą Petronelą. Nad całością nieprzypadkowo unosi się duch Witkacego i Bułhakowa, dokonując aktu zespolenia niemożliwego z możliwym: realizm przeplata się z abstrakcją, liryzm z komiką. Do takiej estetyki Łukasz Czuj nawiązywał w poprzednich spektaklach. Scenografia wyraźnie nawiązuje do "Snu pogodnego karalucha" i "Symfonicznej wazeliny 1917". Tomasz Wysocki w "Symfonicznej wazelinie" siedział równie wymownie i długo. Ale "Opowieści jedenastu katów" nie są kolejną wariacją na temat oberiutów i dadaistów. To dramatyczno - muzyczna opowieść o kabarecie, bardziej o poszukiwaniach kabaretu niż o kabarecie właściwym. To wyprawa obejmująca rejony mitotwórcze, apokryficzne. "Opowieści jedenastu katów" wyrastają z tradycji berlińskich kabaretów, z kręgów monachijskiej cyganerii. Nie stanowią jednak rekonstrukcji ówczesnych programów. To wyobrażenie na temat. Jednocześnie jest to ogląd z dzisiejszego punktu widzenia, z całym bagażem wiedzy i doświadczenia. To opowieść o kabarecie z perspektywy lat 90-tych.

Fot. Łukasz Woźniak
Łukasz Czuj może zbyt swobodnie operuje materiałem, zmuszając widza do szybkiego przejścia z jednego nastroju w drugi, mieszając estetyki i poetykę. Wątek przymuszonego ślubu blednie w toku dalszej akcji. Quasi-wątki obejmują także motyw teatru w teatrze czy prób do przedstawienia. Mamy kabaret z całą przynależną mu menażerią: seksowne kobiety, nie mniej seksowni mężczyźni, postacie płci obojga. Sztampa, która buduje świat kabaretu.
Akcji w zasadzie nie ma. Są tylko obrazy, oniryczne postacie znikają równie szybko jak się pojawiły. Świadomość sennej poetyki wzbudza pewien niepokój. Jedyne, co w tym całym wyimaginowanym świecie jest autentyczne, to piosenki pochodzące w większości z niemieckojęzycznych kabaretów. Zarówno aranżacja jak i wykonanie nie pozostawiają wątpliwości, że mamy do czynienia z profesjonalistami. Obok klasycznych rewiowych utworów pojawia się mocne, rockowe brzmienie. Zespół "Czarna papryka" gra naprawdę ostro, a Janusz Radek w roli "kobiety-wampa" jest bezkonkurencyjny. Świetne etiudy aktorskie: umierający Moritz (Tomasz Wysocki), znerwicowana prostytutka (Magdalena Nieć), Margo Strang paląca papierosa trzymanego stopą (Katarzyna Galica), zmanierowane prostytutki ( Błażej Wójcik i Iwona Konieczkowska) i nie mniej udane songi zbiorowe ("Pieśń katów" czy "Muerta oberita").
Oprawa muzyczna sytuuje spektakl między rewią a teatrem muzycznym. O właściwym gatunku trudno jednak wyrokować. Nieprzewidywalność, żart, groteska, absurd a w tle tajemnicze bractwo jedenastu katów i pięć egzekucji z niepokojącym prologiem. Brak szkieletu narracyjnego, dowolność i pomieszanie konwencji estetyczno-teatralnych. Nic, co oglądamy na scenie nie jest pewne i niczego nie jesteśmy pewni. Rewia nie jest rewią, a prawda okazuje się zmyśleniem. Zapowiadana podróż w poszukiwaniu mitu kabaretu nie sprowadza się do taniego historyzmu. Wielka mistyfikacja czy tylko wypadek przy pracy? Na szczęście reżyser nie narzuca interpretacji odbiorcy. W kabarecie i nie-kabarecie stawia się na samodzielność. Jedyne o czym należy pamiętać to, że do kabaretu nie wchodzi się bezkarnie.
Zobacz to na własne oczy - www.jedenastukatow.com.pl
|
|
|